Takie smutne dzieciństwo, czyli co mnie przeraża

Przeczytałam dziś wpis na Pudelku o dziecinnych latach Kory Jackowskiej. jej starsza siostra opowiedziała o zapamiętanej przez siebie sytuacji z tamtych czasów, gdy obie znajdowały się pod opieka sióstr zakonnych, w domu prowadzonym przez Caritas.

To okropna scena. Mijały się z siostrą na korytarzu, mała Olga chciała podejść do siostry, wyciągnęła do niej raczki... i w tym momencie siostra zakonna pociągnęła ją - rozumiem, ze w kierunku swojej grupy - i uderzyła w czubek głowy za nieposłuszeństwo.

Pod tekstem zaroiło się od komentarzy na temat Caritasu, sióstr i kościoła jako instytucji. Jakie to były komentarze, to chyba sami wiecie.

Mnie jednak uderzyła inna sprawa: otóż okrucieństwo zakonnicy było bezsprzeczne, ale ... bynajmniej nie charakterystyczne tylko dla zakonnic.

Pamiętam opowieści mojej mamy o metodach wychowawczych jej matki, a mojej babci. Włos mi się od nich jeżył na głowie. Tyrania psychiczna i fizyczna w pełnym rozkwicie, zero szacunku dla dziecka czy nawet empatii. Co więcej - jeśli byście posłuchali opowieści innych starszych osób, to one będą brzmieć podobnie. Po prostu - tak się wtedy wychowywało dzieci. Korczakowska pedagogika, oparta na zrozumieniu, szacunku, sprawiedliwościowi i empatii - wtedy niewielu znało te zasady, a jeszcze mniej osób je stosowało. Nie można więc oskarżać tej zakonnicy o jakieś niebywałe okrucieństwo. Była okrutna, ale pewnie nawet nie wiedziała, jak mogłaby inaczej postępować wobec powierzonych jej dzieci.

Dziś  dziecko stało się bogiem: centralnym punktem życia swojej rodziny. Powiedziałabym, ze osiągamy aktualnie szczyty przesady w psuciu dzieci. Widzę, jak skądinąd mądrzy, sensowni ludzie nie potrafią zachować umiaru we włażeniu w tyłek synusiowi lub córci, jak nie potrafią postawić dzieciakowi jasnych granic, nawet jeżeli potomek zdecydowanie przekracza je - i często robi to ze świadomością łamania zasad. Jak robią wszystko, by dziecko nie musiało ponosić konsekwencji swoich wyborów i zachowań - do tego stopnia, że potrafią się ześwinić w stosunku do innego dziecka lub osoby dorosłej. I to mnie przeraza równie, jak bezmyślne okrucieństwo zakonnicy sprzed 60 lat.

Komentarze

  1. Fakt, dzieci mają często status bogów w rodzinach. Ale tak to jest, że jak przestawiamy wahadło historii, to natychmiast w krańcowo inne położenie.
    Co do zakonnic, to nie do końca się zgadzam. 60 lat temu, to już nie był aż tak zimny chów, jak wcześniej. Poza tym te zakonnice, to jeszcze na początku XXI w. skandalicznie traktowały dzieci. Pokazuję to jak na dłoni śledztwa prowadzone w Irlandii, a i u nas niedawno jakaś matka przełożona została skazana na więzienie, za patologię, która panowała w jej ośrodku (nie był to Caritas, a inny ośrodek)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Generalnie - większość ośrodków prowadzonych przez zakonnice - nie tylko dla dzieci, ale także dla dorosłych kobiet - choć miało miłosierdzie w nazwie, to w istocie niewiele z miłosierdziem miało wspólnego. Może się mylę, co do metod wychowawczych w czasach, o których mowa, ale chyba niewiele Hegemonie. Tak naprawdę to nawet moje pokolenie było ofiara zimnego chowu, a ja przecież nie mam jeszcze 60 ;)

      Usuń

Prześlij komentarz

Naskrobałam i się podobało :)

Ekhm, ekhm...

Pani wie, co to jest?...

Nobody's perfect